Komentarz IPP: Jakub Machowina - Mieć czy być, czyli historia pewnego Tweeta

O tym, że sport ma więcej wspólnego z polityką niż z samym sportem wiemy nie od dziś. W ostatnim czasie Amerykanie żyją sprawą tweeta Daryla Moreya, który sprawił, że wojna handlowa pomiędzy USA i Chinami może wejść na całkiem nowe tory. O co chodzi?
{[if_foto_desc]}
Foto:
{[/if_foto_desc]}
Przeczytanie artykułu zajmie Ci 8 minut

Daryl Morey jest generalnym menedżerem (GM) Houston Rockets, drużyny koszykarskiej występującej w lidze NBA, a do niedawna ukochanej drużyny wszystkich Chińczyków. Tydzień temu Morey wrzucił na Twittera obrazek nawołujący do walki o wolność i poparł mieszkańców Hongkongu w protestach przeciwko zmianom w prawie w tym regionie. Przypomnijmy, że Hong Kong to była kolonia brytyjska, która wróciła pod rządy chińskie w 1997 roku.

Dlaczego mieszkańcy Hong Kongu protestują? Demonstracje rozpoczęły się w czerwcu 2019 roku po ogłoszeniu projektu ustawy, która pozwala na ekstradycję obywateli do Chińskiej Republiki Ludowej. Od czasu powrotu Hongkongu do Chin terytorium to było autonomią, która miała obowiązywać do 2047. Taki był wstępnie plan.

Od 2012 sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin, Xi Jinping zaczął jednak silnie ingerować w politykę autonomii i naruszać swobody obywatelskie mieszkańców, dążąc do budowy jednolitego ustroju w ramach całego państwa. To doprowadziło do fali protestów.

Morey swoim tweetem powiedział głośno to, co myśli większość, ale boi się powiedzieć. Rozpętał jednak burzę i sprawił, że właściwie legło w gruzach to, co dawno temu wymyślił sobie pewien niewysoki Nowojorczyk, nazwiskiem David Stern.

Cała historia rozpoczęła się w 1984 roku. To właśnie wtedy władze ligi NBA na swojego komisarza wybrały wspomnianego wyżej Davida Sterna. Kim jest Stern? Używając nawiązań historycznych - Stern to dla NBA Kazimierz Wielki. Zastał ligę drewnianą, a zostawił murowaną - ba! zostawił ją ociekającą złotem.

***

Dziedzictwo Sterna

W 1984 roku NBA nie przynosiła zysków, wskaźniki oglądalności były słabe, a koszykówka kojarzyła się bardziej z latami 70-tymi, czyli kokainą i alkoholem, aniżeli żyłą złota. Stern miał jednak wizję i kupę szczęścia, trzeba dodać. Swoimi odważnymi decyzjami marketingowo-reklamowymi wywindował ligę na wyżyny, dodatkowo wykreował nowych idoli.

Ameryka zaczęła żyć pojedynkami Boston Celtics - Los Angeles Lakers, w tym rywalizacją ich dwóch największych gwiazd - asa Bostonu, białego jak kreda Larry'ego Birda oraz lidera Lakers, ciemnoskórego Earvina "Magica" Johnsona. USA "łyknęło" to, ponieważ biały Bird uosabiał robotnicze, ciężko pracujące Wschodnie Wybrzeże z nieco rasistowskim Bostonem w tle, a "Magic" ze swoim hollywoodzkim uśmiechem był żywą reklamą kalifornijskiego liberalizmu, luzu i blichtru.

Rywalizacja ta była nie tylko sportowa, ale była to przede wszystkim wojna regionów w USA, wschodnie kontra zachodnie wybrzeże. NBA rosła w siłę, ale dla Sterna było to mało. Ten pochodzący z rodziny nowojorskich żydów absolwent prawa i historii, mierzący niecałe 170 cm wzrostu na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z koszykówką, ale to on uczynił NBA wielką. I globalną, dodajmy.

Po erze Birda i "Magica" Ameryka potrzebowała nowego idola i tutaj Stern miał gigantyczne szczęście - w 1984 roku z numerem trzecim w naborze do ligi (tzw. "Draft") Chicago Bulls wybrali niejakiego Michaela Jordana, a reszta jest już dziś historią. Kiedy pod koniec lat 80-tych Lakers i Celtics kończyli swoją erę dominacji, Jordan grał w lidze już kilka lat i był gotowy, by przejąć tron. W lata 90-te wkroczył nie tylko jako król NBA, ale i najpopularniejszy sportowiec świata. W tamtym okresie był obok Jana Pawła II najbardziej rozpoznawalnym mieszkańcem naszego globu.

Jego niespotykana popularność, rozwój firmy Nike (której popularność rosła wraz z Jordanem, twarzą firmy), a także olimpiada w Barcelonie w 1992 roku (w ekipie USA po raz pierwszy zagrali koszykarze z NBA) spowodowały, że NBA szturmem zdobyła świat. Stern od lat pragnął globalnej wioski pod egidą ligi, dlatego zaczęto współpracować z Afryką, Europą i w końcu z Azją. I to właśnie ten ostatni kontynent stał się dla NBA prawdziwą żyłą złota.

***

Kopalnie Króla Salomona

Stern rządził w lidze 30 lat, w 2014 roku przekazując stery swojemu następcy, Adamowi Silverowi. Ten kontynuuje model Sterna, dbając o ekspansję ligi na całym świecie. Doszło jednak do prawdziwego paradoksu - okazało się, że w Chinach jest więcej kibiców koszykówki, aniżeli... obywateli w USA. Według badań przynajmniej jeden mecz NBA w sezonie 2018/19 oglądało prawie 600 mln widzów.

Duża w tym zasługa właśnie Houston Rockets, w barwach których grał Yao Ming (lata 2002-2011), legenda chińskiego basketu, a dzisiaj szef chińskiej ligi koszykówki (CBA). Popatrzmy zresztą na liczby:

- Chiny to po USA drugi najważniejszy rynek dla NBA. Koszykówka jest tam jednym z najpopularniejszych sportów, gra w nią ponad 300 milionów ludzi.

- W 2015 roku firma Tencent podpisała 5-letni kontrakt z NBA na transmisję meczów oraz innych programów ligi (dokumenty, archiwalne mecze, talk shows, wywiady z ekspertami) na platformach cyfrowych oraz streamingowych w Chinach. Wartość umowy? 700 mln dolarów.

W tym roku NBA i Tancent poszły krok dalej, przedłużono bowiem umowę o kolejne pięć lat. Wartość nowego kontraktu to - bagatela - 1,5 mld dolarów.

- Dziesięć lat temu liga założyła swoją filię NBA China, której zadaniem jest oczywiście promowanie rozgrywek i drużyn w Chinach. Wartość firmy jest szacowana przez Forbesa na ok. 4 mld dolarów - daje to ponad 130 mln dolarów na drużynę.

- Media społecznościowe. Ligę oraz graczy śledzi na różnych platformach social media ponad 180 mln Chińczyków. Legenda NBA Kobe Bryant ma ponad 8 mln "followersów" na Weibo (chiński odpowiednik Twittera).

Sytuacja ta stworzyła jednak niebezpieczny paradoks. Jeszcze zanim Morey opublikował swojego tweeta, można było się spodziewać, że prędzej czy później nastąpi konflikt interesów i kiedyś NBA będzie musiała opowiedzieć się po którejś ze stron - stronie ojczyzny, czyli Ameryki lub stronie gigantycznych pieniędzy i popularności, które dają lidze głównie Chiny i kraje Azji.

***

 

źródło: Twitter.com

Mieć czy być?

Morey swojego tweeta szybko skasował, ale lawina ruszyła. Ze współpracy z Houston Rockets wycofało się dwóch chińskich gigantów: producent odzieży sportowej oraz obuwia Li-Ning (którego buty reklamował m.in. sam Shaquille O'Neal) oraz bank SPD Bank z Szanghaju. Gracze i szefowie Rockets zaczęli przepraszać i wrzucać filmiki z wyrazami miłości, a sam Daryl Morey kajał się, że to był jedynie jego punkt widzenia, a nie żadne oficjalne stanowisko Rockets czy NBA. Kluczył także, mówiąc iż sytuacja w Hong Kongu jest skomplikowana, a on "poznał także inne perspektywy".

Bzdura.

Morey i Rockets zaczęli skomleć bo po prostu dostali cios prosto w twarz i Chiny zakręciły im kurek z pieniędzmi. Więcej - jakąkolwiek formę kontaktu i współpracy z Rockets zakończył sam Yao Ming - ikona i legenda klubu z Houston. NBA przepraszała jak tylko mogła. Co ciekawe, swoje przeprosiny wystosowała w dwóch językach, po angielsku oraz mandaryńsku. I co jeszcze bardziej ciekawe, ich treść... znacząco się różniła.

Oświadczenie po mandaryńsku miało dużo ostrzejszy ton i potępiało zachowanie Moreya. Amerykanie byli zszokowani (jeszcze do tego wrócimy), ale nieoczekiwanie zupełnie inną postawę przyjął nagle komisarz ligi, Adam Silver.

Przyznał on, że ekonomiczne konsekwencje tweeta Moreya będą "dramatyczne", ale NBA nie potępia GMa Houston Rockets. Silver dodał, że NBA nie będzie narzucała graczom i drużynom tego, co mają myśleć czy wyrażać. To nagły zwrot akcji w stosunku do przeprosin, jakie nieco wcześniej liga (czyli de facto sam Silver) wystosowała w kierunku Chin. Nie może być jednak inaczej, skoro liga od lat wspiera ruchy walczące o wolność słowa, tolerancję i równouprawnienie.

W 2016 roku NBA odebrało Charlotte prawo do organizacji corocznego Meczu Gwiazd (spotkanie towarzyskie, gdzie występują najlepsi gracze w NBA podzieleni na dwa zespoły), gdy uchwalono tam prawo, według którego "osoby transpłciowe mają obowiązek korzystać z szatni i toalet zgodnie ze płcią, z którą się narodziły".

Minęły ledwie trzy lata i NBA kajała się przez chwilę na kolanach przed Chinami, byle nie stracić kasy. Oficjalne przeprosiny Chińczyków przez NBA wywołały lawinę w USA. Nie zapominajmy, że trwa wojna handlowa pomiędzy USA i Chinami, a tutaj Amerykanie na kolanach przepraszają Chińczyków, byle nie stracić gigantycznego rynku. Amerykanie oburzyli się stanowiskiem NBA, tak innym od amerykańskiego myślenia o własnej supremacji i narzucania innym swojej racji, a nie klękania przed wrogiem. Adam Silver w porę opamiętał się i zmienił front, ku uciesze Amerykanów, ale to wszystko nie jest czarno-białe.

Silver prowadzi grę, którą w skrócie można opisać tak: "Jak zjeść ciastko i mieć ciastko"? Komisarz NBA szuka idealnego rozwiązania, które pozwoli mu przywrócić status quo, czyli:

- zachować wpływy w Chinach

- nie doprowadzić do utraty zysków

- przeprosić i udobruchać Chińczyków

- zachować twarz i nie wyjść na hipokrytę, który broni wolności słowa i równości, ale tylko do momentu, kiedy w grę wchodzą pieniądze

Mission Impossible? Raczej tak. Potrzeba tu Tome Cruise'a, a nie Adama Silvera. Komisarz NBA kontynuuje dzieło Sterna, buduje imperium biznesowe, ale tak naprawdę zapamiętamy go po tym, jak rozwiąże do końca sprawę Moreya i Chin. Silver poszedł pod prąd i poparł go, ale to dopiero początek.

To słuszna postawa, cała NBA powinna stać za nim murem. W 2016 liga walczyła o tolerancję i wolność, a w 2019 sama sobie zaprzeczyła, kajając się przed Chinami. Tutaj możemy idealnie przytoczyć tytuł eseju filozoficznego autorstwa Ericha Fromma - "Mieć czy być"?

Taki właśnie wybór stoi przed NBA i ciekaw jestem, w którą stronę pójdzie liga - postawi się jak Silver, czy może wróci do przepraszania licząc, że Chińczycy im wybaczą? Konflikt interesów jest oczywisty, ponieważ chińskie pieniądze od dekady zasilają ligę, a właścicielem jednej z drużyn (Brooklyn Nets) jest chińsko-kanadyjski potentat i założyciel serwisu "Alibaba", Joseph Tsai. Oczywiście stanął on po stronie Chin w tym konflikcie.

***

Nie wiemy co ostatecznie zrobi liga, ale wiemy, co zrobić powinna.

Nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Jeśli NBA chce propagować wolność i równość, powinna zupełnie odciąć się od Chin. Pieniądze to nie wszystko, liga ma przecież także fanów poza Chinami. Póki co NBA wysłała sprzeczne komunikaty: z jednej strony przepraszała Chiny pokazując, że pieniądze liczą się najbardziej, a zaraz później szef NBA Silver wziął w obronę Moreya i postawił się Chińczykom. To taka gra na dwa fronty.

NBA musi się do końca określić. Na miejscu włodarzy NBA czekałbym poza tym na moment, kiedy do akcji wkroczy sam Donald Trump, dla którego jednym z ważniejszych celów jego prezydentury jest osłabienie Chin na rynku międzynarodowym. Ważna jest także opinia publiczna. Znany publicysta Phil Mushnick, piszący dla "New York Post" nazwał Silvera i Tsaia "sługusami", pragnącymi zaspokoić "chińśką chciwość panującą w NBA". To dobitnie pokazuje, jakie nastroje panują wśród Amerykanów.

NBA od zawsze pokazywała ludziom, że równość i wolność są najważniejsze. To NBA była postępowa, walcząc z segregacją rasową i nierównościami na tym właśnie tle. Jeśli liga chce zachować twarz i pokazać, że pieniądze to nie wszystko, powinna postawić się Chińczykom.

A jakie są reakcje Chin? Bardzo wymowne. NBA startuje za 11 dni, a tradycją meczów przedsezonowych jest to, że rozgrywa się je w m.in. w Japonii czy właśnie w Chinach. Wczoraj, w czwartek 10. października rozegrana została "NBA Shanghai Game 2019", gdzie zmierzyli się Los Angeles Lakers i właśnie Brooklyn Nets, drużyna Tsaia. Na trybunach komplet, sam Tsai uśmiechał się na prawo i lewo, ale była to dobra mina do złej gry.

Przed meczem ściągnięto z parkietu wszystkie naklejki sponsorów meczu (inwestorów, którzy wycofali się z interesów z NBA), a meczu nie pokazano nawet w telewizji, Zamiast długo wyczekiwanego starcia, Chińczycy mogli w tv obejrzeć mecz... chińskiej piłki nożnej.

Przeciąganie liny trwa. Chińczycy pozwolili na rozegranie pokazowego meczu w Szanghaju, ale jednocześnie pokazali Amerykanom, jak to jest robić tournee po Chinach z własnych pieniędzy, bez żadnych reklam i wsparcia miejscowych. Oglądając mecz można było mieć wrażenie, że siekiera wisi w powietrzu.

Adam Silver powiedział w wywiadzie, że ekonomiczne konsekwencje tweeta Moreya będą "dramatyczne" i trzeba stwierdzić, że Komisarz ma rację. Budżety amerykańskich klubów sportowych określają ścisłe przepisy dotyczące zarobków graczy. Jest to tzw. "Salary Cap", które określa ile dany zespół może wydać na kontrakty dla graczy. Jest to zupełnie inne od norm europejskich, gdzie taki Real czy Barcelona nie mają nad sobą sufitów płacowych i mogą zapłacić swoim graczom tyle, ile sobie wymyślą. W USA jest to ściśle określona granica, której nie można przekroczyć.

W NBA Salary Cap wynosi 109 milionów na całą drużynę na sezon 2019-20, przekroczenie tej granicy powoduje (bez wchodzenia w szczegóły) płacenie kary. Jak szacują eksperci, jeśli NBA straci dochody w Chinach to salary cap w NBA zostanie zmniejszone o 10-15% w sezonie 2020/21. Byłby to duży regres nie tylko dla NBA, ale i dla wszystkich zawodowych lig sportowych w USA.

Jak zakończy się cała sprawa? Trudno powiedzieć. NBA jest najpopularniejszą ligą koszykarską na świecie i nic tego nie zmieni, mogą jedynie zmaleć dochody klubów (które i tak są ogromne, nawet bez pieniędzy z Chin). Salary Cap pewnie zmaleje, ale i to pewnie finansiści ligi oraz właściciele klubów są w stanie jakoś przeskoczyć.

Tak naprawdę gra toczy się właśnie o ten frommowski dylemat: "Mieć czy być?" oraz o zachowanie twarzy ligi, która czasem zapomina, że nie jest międzynarodowym tworem pokroju piłkarskiej UEFA Champions League, a National Basketball Association, amerykańską ligą koszykówki.

 

Jakub Machowina

 

Przy pisaniu tekstu korzystałem z źródeł:

http://www.sport.pl/sport/7,83709,25283245,jeden-obrazek-moze-zrujnowac-pozycje-nba-w-chinach.html#opinions

https://tvn24bis.pl/ze-swiata,75/nba-chiny-daryl-morey-przeprosil-ale-sponsorzy-uciekaja-od-houston-rockets,975588.html

Materiał powstał w ramach projektu pn. Akademia Polityk Publicznych. Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.