Komentarz IPP (Jakub Machowina): Przetnijmy ten węzeł gordyjski!

Polski sport, a przede wszystkim futbol żył w ostatnim czasie głównie sukcesami Krzysztofa Piątka oraz smutną sytuacją Wisły Kraków. To pierwsze to powód do dumy, to drugie to powód do wstydu. Czy zawsze już tak będzie, że kibice w Polsce będą dyktować klubom co robić? Czy nadal dochodzić będzie do bijatyk na meczach, a policja będzie bezradna?
{[if_foto_desc]}
Foto:
{[/if_foto_desc]}
Przeczytanie artykułu zajmie Ci 13 minut

Jako dziennikarz sportowy od zawsze uważam, że nie ma sensu po raz drugi odkrywać ognia, skoro ktoś zrobił to za nas już wcześniej. Kto? Oczywiście Anglicy. Popatrzmy jak Wyspiarze poradzili sobie z chuliganami oraz dlaczego kibice nienawidzili Margaret Thatcher.

Rok 2013 przyniósł smutną wiadomość. We wtorek, ósmego kwietnia w wieku 88 lat zmarła Margaret Thatcher. “Żelazna Dama” była postacią tak kontrowersyjną, że zdania o niej do dziś są podzielone w społeczeństwie angielskim. Pani premier nie była za to na pewno lubiana w środowisku piłkarskim, ale śmiało można rzec, że sama sobie była winna. Nienawidziła futbolu tak bardzo, że chcąc go zniszczyć, paradoksalnie uzdrowiła go.

Wszystko to nie wydarzyłoby się jednak, gdyby nie wydarzenia z 15 kwietnia 1989 roku, których 30. rocznicę obchodzić będziemy w tym roku. Mowa oczywiście o tragedii na Hillsborough – zdarzeniu, które do dziś jest cierniem wbitym w serce nie tylko angielskiego futbolu, ale całej krainy dumnych synów Albionu. Lata 80-te w futbolu wyspiarskim to apogeum zła i przemocy, dlatego warto pochylić się nad tym, w jaki sposób uzdrowiono piłkę w kraju, gdzie złamana kość w stopie Davida Beckhama była problemem całego kraju.

Jak doszło zatem do przecięcia węzła gordyjskiego, będącego spiralą zła i gangreną toczącą angielską ziemię?

Prolog

Feralna druga połowa lat 80. zaczęła się dokładnie pod koniec sezonu 1984/1985, kiedy na stadionie Valley Parade doszło do wybuchu pożaru. 11 maja miejscowy Bradford City rozgrywał mecz przeciwko Lincoln City, a na trybunach trwała prawdziwa fiesta. Dlaczego? Gospodarze właśnie zapewnili sobie awans do drugiej ligi i dodatkowo ich mecz transmitowała lokalna telewizja.

Nagle na jednej z trybun wybuchł pożar, znajdowało się tam według różnych źródeł pomiędzy cztery, a pięć i pół tysiąca kibiców. Wielu z nich krzyczało w niebogłosy, niektórzy mieli na sobie płonące ubrania, kilku z nich paliły się włosy. To wszystko zarejestrowały telewizyjne kamery, widzowie przed telewizorami byli wstrząśnięci.

Ostatecznie zginęło 56 kibiców, a ponad 250 zostało ciężko poparzonych. Przyczyna pożaru? Prozaiczna - jeden niedopałek po papierosie… Reszty dopełniły fatalna infrastruktura i brak gaśnic na stadionie (!), doprowadzając do tragedii, która właściwie zaczyna opowieść o tym, jak angielska piłka zamieniła rynsztok na salony.

Bradford było niestety tylko wstępem, wszystko to ginie w cieniu tragedii na Heysel. Spytacie dlaczego, przecież na Valley Parade zginęło więcej ludzi? Tragedia w Bradford była wynikiem złej organizacji stadionu i niedopatrzeń, Heysel to natomiast eskalacja nienawiści i co tu dużo mówić – barbarzyństwa. Wydarzenia z Belgii do dziś pozostają tematem tabu. Jest to kwestia, którą lepiej przemilczeć w rozmowach z wieloma osobami, a zarazem fakt, który zdaje się być negowany i konsekwentnie zacierany w pamięci ludzkiej. Ten swoisty proces wyparcia to nic innego jak reperkusje zdarzeń, które zamieniły festiwal radości, jakim powinien być futbol, w masową mogiłę.

Obrazy ludzkich ciał ustawianych w stosy bliższe są raczej relacjom z wojen bałkańskich niż opisowi meczu. Najważniejsze spotkanie w roku, finał Pucharu Europy pomiędzy Juventusem a Liverpoolem, zamienione zostało w totalną katastrofę. Piłkarze przed spotkaniem byli niespokojni, w ich głowach kiełkowała myśl, że coś jest nie tak, z boiska do szatni dochodziły bowiem sprzeczne komunikaty. Angielscy kibice byli nabuzowani, najgorzej było w sektorze Z. Włoskich tiffosi i kibiców “The Reds” oddzielała jedynie policyjna strefa buforowa, która była… pusta.

Z początku to Włosi rozrabiali, rzucając w policję racami, ale to kibice Liverpoolu są winni tej tragedii. Ruszyli oni na Włochów, rzucając w nich czym się dało. Włoscy kibice zaczęli uciekać, wspinając się na mur, który pod ich ciężarem zawalił się. 39 istnień ludzkich odeszło na zawsze z powodu tak błahego jak futbol. Zapomnijcie o Shanklym, który mawiał, iż "piłka nożna nie jest ważniejsza od kwestii życia i śmierci". Nie jest - to tylko atrakcyjny bon mot, mile łechczący ego ludzi zajmujących się futbolem.

Oprócz 39 zabitych, zostało także rannych ponad 550 osób. Podczas dochodzenia brukselska policja przyznała, że stadion nie spełniał wymogów bezpieczeństwa, a ostatnia modernizacja miała miejsce… 50 lat wcześniej. Ale jeśli myślicie, że Heysel to tylko zamieszki na samym stadionie, jesteście w błędzie. Zawalenie się ściany i ciała ułożone w namiotach przed stadionem, to tylko fragment nocy, kiedy fani bili się z policją, grasując po mieście. Grasując, dodajmy, uzbrojeni w łomy, kawałki barierek (wyniesione ze stadionu), kamienie, betonowe płyty, puszki, butelki, race i petardy. Nie trzeba dodawać, że mało który z chuliganów był trzeźwy.

Jak sami kibice i świadkowie tamtych zdarzeń wspominają zamieszki z Heysel? I zaznaczmy, że chodzi nam o tych prawdziwych kibiców. Oddajmy im głos:
- "Staraliśmy się wyciągać ludzi, ale ci idioci nadal napierali. Kończę z Liverpoolem, dopóki te debile nie przestaną kibicować…" - jeden z fanów, który pomagał ofiarom na stadionie
- "Nie ma żadnych wątpliwości, że to fani "The Reds" rozpoczęli zamieszki. To zwierzęta." - inny ze zdegustowanych kibiców
- "To jest jak chory obraz prosto ze średniowiecza…." - reporter amerykańskiej telewizji

Wielu lubi mówić o futbolu jako o formie sztuki, poświęcenia, bitwy. W przypadku Heysel jest jednak inaczej - to zwyczajny grobowiec, symbol śmierci. Śmierci, która będzie musiała jeszcze raz powrócić, aby tchnąć iskrę życia w angielski futbol.

Post factum

Francuski filozof Jean Baudrillard, tropiący multikulturalizm, globalne zacieranie się granic oraz niszczący wpływ konsumpcjonizmu, w swojej książce “Przejrzystość zła” odniósł się właśnie do feralnych wydarzeń na Heysel. Jego zdaniem masakra ta wydarzyła się, ponieważ w człowieku tkwi głęboko zakorzeniona chęć stania się czynnym aktorem pewnego wydarzenia, hipnotyzującego swą siłą – będącego wręcz pewnego rodzaju plemiennym aktem.

Po tragedii w Brukseli angielska prasa wrzała, ale winnych osądzono dopiero cztery lata później, po bardzo długim procesie. 28 kwietnia 1989 roku 14 z 28 aresztowanych na Heysel kibiców Liverpoolu zostało uznanych winnymi morderstwa i skazana na trzy lata więzienia, nakazano im także zapłacić grzywny. Siódemka ze skazanych dostała wyrok w zawieszeniu.

Lata 80. były czasem, kiedy Anglię bynajmniej nie określały dzisiejsze atrybuty wielkości, vide prosperity, dobrobyt, zadowolenie. Szeroko rozumiany kryzys dopadł w XXI wieku oczywiście wszystkich – w mniejszym lub większym stopniu – jednak nie okłamujmy się, Anglia to wciąż kraina mlekiem i miodem płynąca. 30 lat temu było jednak inaczej, a Heysel było zapalnikiem, katalizatorem zmian nie tylko w angielskiej piłce, ale i w społeczeństwie. Premier Margaret Thatcher była stanowcza, tak samo jak prasa, która nie zostawiła suchej nitki na kibicach angielskich, ochrzczonych w Europie mianem “The Animals”.

Brytyjski kibol pustoszył Europę niczym czarna ospa, zostawiając za sobą jedynie zniszczenie, pijaństwo i nieślubne dzieci. Prasa oraz brytyjska inteligencja o taki stan rzeczy oskarżyły totalną kulturową zapaść, jaka stała się udziałem Anglii w latach 80. Przeciętny Anglik w swoim mniemaniu nadal był panem świata, mogącym folgować własnym potrzebom w każdym zakątku. Kula ziemska w mentalności obywatela kraju królowej Elżbiety II wciąż była kolonią, a wszystko poza Anglią jedynie perłą w koronie Imperium Brytyjskiego. Czasy się jednak zmieniły. Anglią nie rządziła już Królowa Wiktoria, Kompania Wschodnioindyjska była jedynie reliktem przeszłości, ale nadal pokutowało kolonialne myślenie. Panowie Europy – podsyceni piłkarską kulturą robotniczą – utworzyli pejoratywny ideał piłkarskiego chuligana. Thatcher powiedziała dość, i słusznie. Dlaczego zatem piłkarski świat tak bardzo jej nienawidzi?

“The Iron Lady”

Margaret Thatcher stała na czele rządu Jej Królewskiej Mości od roku 1979 aż do 1990. Wsławiła się rządami twardej ręki, zwłaszcza w opozycji do strajkujących robotników oraz klasy pracującej (czytaj w większości kibiców piłkarskich). Thatcher wywodziła się z Partii Konserwatystów (torysów), stojących w przeciwwadze do laburzystów, czyli Partii Pracy. Jej stanowczość oraz specyficzna polityka zostały ochrzczone mianem "Thatcheryzmu". Polegał on na ograniczaniu roli państwa dobrobytu (tzw. welfare state), prywatyzowaniu państwowych przedsiębiorstw oraz wprowadzeniu wolnego rynku tak, aby wydobyć kraj z zapaści gospodarczej.

Państwo szybko dźwignęło się z niebytu, jednak efektem ubocznym okazały się galopujące bezrobocie i wzrost stóp procentowych. Nie przysporzyło to oczywiście samej pani premier popularności. Thatcher stawiała na zwiększenie konkurencyjności, wzrost liczby prywatnych spółek i przedsiębiorstw, a także na innowacyjność, która rozwija przecież przemysł. Przy całej swojej miłości do wolnego rynku “Żelazna Dama” (ochrzczona tak przez Radio Moskwa) była czołowym eurosceptykiem, jeśli chodziło o model integracji ponadnarodowy, czyli federacyjny. To ona wypowiedziała słynne słowa: “Give my money back”, sprzeciwiając się wpłacaniu wielkich sum oraz rozwijającego się wpływu instytucji europejskich. Wspierała Ronalda Reagana w jego walce z ZSRR, walczyła także z IRA. Dwukrotnie próbowano ją zabić, ale pozostała nieugięta. Członkowie IRA próbowali nawet głodówek (świetny film Steve’a McQueena “Głód”), a jeden z nich, Bobby Sands, zmarł.

Margaret Thatcher stała jednak niewzruszona przy swoim. O zmarłych nie wypada źle mówić, jednak dzisiaj postać Thatcher bardziej dzieli, niż łączy. Nienawidziły jej środowiska lewicowe, a czołowy brytyjski bard Morrissey śpiewał nawet “Margaret na gilotynę”. Pani premier była nieugięta, przez co silnie krytykowana. Niemiecki “Die Zeit” pisał o niej: “Przyjaciółka Boga, a wróg całego świata”. Wojowała także z futbolem. Dlaczego?

Izolacjoznim

Z prostej przyczyny – nie rozumiała go. Dla Margaret Thatcher futbol był miejscem kaźni, a na stadionach rozgrywały się dantejskie sceny, trybuny były epicentrum zła. Może i było w tym ziarnko prawdy, jednak “Żelazna Dama” nienawidziła kibiców, którzy umówmy się – mieli swoje za uszami, jednak to nie oni byli największym problemem. Prawdziwym utrapieniem były przestarzała infrastruktura, stadiony pamiętające II wojnę światową i płonące łatwo niczym zapałka – jak ten z Bradford. Trybuny stojące, brak identyfikacji kibiców – to wszystko było problemem, który trudno sobie wyobrazić, oglądając dzisiejsze obrazki z Premier League – piękne niczym widokówki z Malibu. Thatcher natychmiast po wydarzeniach w Belgii wycofała angielskie kluby z europejskich pucharów. Uderzyło to jednak przede wszystkim w samą Anglię, przynosząc odwrotne skutki.

Po pierwsze: poziom sportowy drużyn w Anglii zwyczajnie się obniżył. Życie nie znosi pustki i aby być dobrym, utrzymywać stały poziom, kluby piłkarskie muszą rywalizować z innymi. Izolacjonizm drużyn doprowadził do braku jakichkolwiek kontaktów z klubami z kontynentu, a co za tym idzie braku dostępu do nowinek technicznych, innych sposobów gry, rewolucji taktycznych. Pomiędzy rokiem 1977 a 1984 angielskie drużyny całkowicie zdominowały rozgrywki europejskie, to były złote lata futbolu brytyjskiego (paradoksalnie). Po wykluczeniu miało minąć aż 14 lat, zanim następny angielski klub zawojuje Puchar Europy (Manchester United w 1999 roku). Taki stan rzeczy spowodował odpływ pieniędzy i sportowej jakości znad Tamizy.

Po drugie: ci, którzy mieli odpowiedzieć za tragedię, nie ponieśli większej winy. Oczywiście Liverpool wykluczono z rozgrywek, ale co z tego. Sankcje poniosły wszystkie kluby, a w Europie utrwalono stereotyp prostaka z Wysp, szukającego jedynie rozrywek przypisanych plebsowi rodem z czasów wiktoriańskiej Anglii, w opozycji do Europejczyka, odkrywającego dumę ze swojej tożsamości i przynależności do kontynentu, który rozpoczynał starania o zjednoczenie w ramach zalążków UE. Inna sprawa, że Anglicy nigdy nie zabiegali o integracje z kontynentem, ale izolacja sportowa jedynie pogłębiła taki stan rzeczy. Zastanawiające jest także to, że do dziś Heysel jest tematem tabu i stosuje się raczej politykę wypierania tego faktu, aniżeli kultywowania go w pamięci ludzkiej. Nie dziwi taki fakt u Anglików, którzy byli prowodyrami, ale niespecjalnie przypomina się go również u Włochów, a także w Belgii. Na samym stadionie Heysel (nazwanym tak od nazwy dzielnicy Brukseli, w której się znajduje) widnieje jedynie mała tabliczka pamiątkowa i nic więcej. Czy wydarzenia te zostawiły tak głęboko zakorzenioną w sercu zadrę, iż ludzie nie chcą ich pamiętać, czy może cała ta sprawa ma jakieś drugie dno, niesprecyzowane, błąkające się gdzieś na granicy sfery kulturalnej, historycznej, wreszcie politycznej?

Po trzecie: izolacjonizm doprowadził do rosnącej fali niepokojów w samej Anglii. Margaret Thatcher trzymała rządy żelaznej ręki, dzięki czemu – jak wcześniej pisałem – doczekała się tytułu “Żelaznej Damy”. Będąc na czele partii torysów, stała w opozycji do całej robotniczej Anglii, wspierającej front laburzystów. Retoryka laburzystów była bliższa także sercom i umysłom środowisk piłkarskich w Anglii, które tak jak same kluby wywodziły się przede wszystkim ze związków zawodowych i wielkich zakładów robotniczych schyłku XIX wieku. Thatcher wojowała natomiast ze związkami zawodowymi, górnikami. Nie rozumiała robotniczego etosu, stojącego za sukcesem futbolu. Ludzie zmęczeni byli jej rządami i mimo iż zrobiła wiele dobrego, różnie ocenia się lata jej panowania na brytyjskiej scenie politycznej. Odgórne ograniczenie związków zawodowych niemalże rozsierdziło lewicująca klasę pracującą. Lata 60. to apogeum chuligaństwa w Anglii, jednak dekada lat 80. przyniosła więcej ofiar. Czara goryczy przelała się 15 kwietnia 1989 roku w Sheffield na stadionie Hillsborough. Jeśli zawalenie się trybuny i śmierć 39 osób w Belgii było katastrofą, to to, co zdarzyło się cztery lata później w Sheffield, urosło do rangi pandemonium.

Justice for the 96

15 kwietnia 1989 roku doszło do półfinałowego spotkania w ramach pucharu Anglii, pomiędzy tym samym Liverpoolem, którego fani wywołali zamieszki na Heysel, a Notthingham Forest. To był kolejny z tych meczów, które zamiast świętem stały się masowym pogrzebem. W 6. minucie spotkania – w wyniku fatalnej wręcz organizacji meczu oraz złego zachowania policji – fani Liverpoolu z powodu zbyt małej liczby miejsc zaczęli tratować się nawzajem, przygnieceni do metalowego płotu. Kibice chcieli szybko wejść na stadion, a jeden ze starszych oficerów podjął decyzję, by otworzyć bramę i wpuścić setki ludzi pragnących dostać się by obejrzeć mecz. To spowodowało ścisk, który rozprzestrzenił się po trybunie z liverpoolskimi fanami. Z przodu stały dzieci, by lepiej widzieć swoich idoli…

Tłum napierał coraz bardziej, aż dotarł do granicy, której nie mógł już pokonać, mianowicie metalowego płotu, zainstalowanego po to, by kibice nie mogli wbiegać na murawę. Przeżyli Ci, którym udało się pokonać ogrodzenie i wbiec na boisko. To oni zaczęli krzyczeć, by przerwano spotkanie. 10 minut później przyjechała pierwsza karetka.
Jęki umierających ludzi opanowały stadion, powodując panikę. Mecz przerwano. Zginęło aż 96 kibiców Liverpoolu. Najmłodszy z nich, Jon Paul Gilhooley, miał jedynie dziesięć lat. Był kuzynem obecnego kapitana oraz legendy “The Reds”, Stevena Gerarrda. Do dzisiaj świadkom tamtych wydarzeń cisną się na twarz łzy, gdy próbują o tym mówić.

Rodziny ofiar oraz sam klub przez laty starały się dociec, dlaczego umorzono śledztwo oraz dlaczego policja nie przyznała się do ewidentnych, kardynalnych wręcz błędów. Dopiero w 2012 roku rząd Davida Camerona oznajmił, iż specjaliści przyjrzą się jeszcze raz tragedii w Sheffield. Wyniki były zaskakujące dla opinii publicznej, oczywiste natomiast, a zarazem przyjęte z ulgą przez środowisko piłkarskie oraz to związane z samym miastem Liverpool i klubem. Raport wykazał, że do tragedii doszło wskutek niefrasobliwości oraz uchybień, jakich dopuścili się przedstawiciele angielskiej policji. Przez lata popularna była akcja “Justice for the 96″, w której ludzie domagali się zadośćuczynienia dla 96 ofiar tamtych zdarzeń, których rodziny musiały czekać aż 23 lata, aby sprawiedliwości stało się zadość i przywrócono należną cześć i dobre imię ich zmarłym krewnym.

Jest to jedna z ciemnych kart rządów Margaret Thatcher, ponieważ do dziś mówi się, iż jej polityka gardziła środowiskiem kibiców i dopuszczała pewne nadużycia względem nich oraz akceptowała nieoficjalne środki stosowane przez policję. Sprawy te nie zostały do końca wyjaśnione i nie wiadomo, czy sama Thatcher nie została wprowadzona w błąd przez policję i ochronę. Summa summarum, zamieciono pod dywan całe dochodzenie w sprawie Hillsborough.

Wydarzenia te, mimo fatalnego zachowania zarówno rządu, jak i policji (w czasie meczu i po nim), doprowadziły do poważnych reperkusji, które raz na zawsze miały zmienić oblicze angielskiej piłki nożnej, a także dać impuls do zmian, tak potrzebny ludziom w Anglii. Margaret Thatcher zleciła opracowanie raportu tamtych zdarzeń.

Raport lorda Taylora

Peter Taylor, ówczesny Lord Justice (czyli minister sprawiedliwości), na polecenie “Żelaznej Damy” opublikował 104 strony raportu, w którym zawarł przyczyny tragedii na Hillsborough, a także 76 wskazówek jak poprawić bezpieczeństwo na stadionach, jak w przyszłości unikać tego typu wypadków. Praca Taylora była pewnego rodzaju drogowskazem, jaką ścieżkę należy obrać, aby naprawić całą sytuację, uleczyć toczony gangreną przez dekady organizm. Swój raport opublikował on w sierpniu 1989 roku, a jego finalna wersja ujrzała światło dzienne dopiero 29 stycznia 1990 roku.

Raport obnażył wręcz stadionowe zwyczaje, ubogą infrastrukturę klubów, fatalną organizację meczów na stadionach oraz całych rozgrywek piłkarskich w Anglii. Był to powiew świeżości w hermetycznym, skostniałym piłkarskim półświatku, głos rozsądku w pomieszczeniu pełnym bezsensownych krzyków. Raport Taylora doskonale uchwycił całe zło w angielskiej piłce nożnej. Słowem najczęściej przytaczanym odnośnie angielskiego futbolu przez Justice Lorda było "squalid", czyli w wolnym tłumaczeniu "zapyziały, nędzny".

Na skutek raportu całkowicie zrezygnowano z trybun stojących, raport zakładał ich całkowite zniknięcie w pierwszej i drugiej lidze do sierpnia 1994 roku oraz w pozostałych, niższych klasach rozgrywkowych do 1999 roku. Od tej pory kibice mieli zajmować miejsca wyłącznie siedzące, w dodatku numerowane. Zdaniem Taylora, kibice tłoczący się w na sektorach stojących (osławione już "terraces"), oddzieleni od reszty kratami i płotami nie przypominali sympatyków piłki nożnej, a raczej "więźniów wojennych".

Peter Taylor w podsumowania swojego raportu posypał także głowę popiołem: "To smutne, a zarazem karcące, że to aż dziewiąty tego typu raport na przestrzeni lat… To także zadziwiające, że 96 osób zginęło na oczach organizatorów i osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, i to pomimo ośmiu wcześniejszych raportów na ten temat…". Nastąpiła rewolucja.

Wskazówki Lorda Justice'a spowodowały łatwiejszą identyfikację kibiców po miejscach, z czasem wprowadzono bowiem także unikalne karty kibica, sygnowane nazwiskiem. Wywołało to oczywiście falę protestów, zarzucano nawet ograniczenie swobód obywatelskich. Poprawiono jednak organizację meczów, wprowadzono monitoring oraz zatrudniono specjalistów od ochrony.

Wzrosły za to ceny biletów. Odstraszyło to najmłodszych oraz najbiedniejszych, którzy przeważnie tworzyli trzon chuligańskich grup kibiców. W latach 80. można było wejść na stadion już za pięć funtów, dzisiaj te ceny wahają się od 40 do nawet 120. To spowodowało wzrost zainteresowania futbolem wśród całych rodzin, dotąd wykluczonych ze struktur kibicowskich, kojarzących się wcześniej z subkulturą ludzi młodych, przeważnie z nizin społecznych.

Piłka nożna zaczynała wchodzić na salony, rósł poziom ligi. Za gigantyczne pieniądze przebudowano stadiony, które dzisiaj przypominają luksusowe obiekty, a nie mordownie sprzed 30 i 25 lat. Ortodoksyjni fani twierdzą, iż futbol umarł wraz z reformą ligi, mecze straciły bowiem swój dawny klimat, stając się miejscem dla pracowników korporacji, a nie prawdziwych kibiców. Jest w tym trochę racji, ale lepszy taki stan rzeczy aniżeli lata 80. pełne krwi, przemocy i śmierci. Zmienił się także profil samego kibica na stadionie w Anglii. To nie są już wyłącznie chuligani, ale ludzie wywodzący się ze wszystkich grup społecznych, zarówno pod kątem pochodzenia, jak i materialnym. To znów ma drugą stronę medalu, ponieważ dzisiaj krytykuje się znowu zbytnią elitarność Premier League. Futbol w Anglii staje się coraz bardziej niedostępny dla biedniejszej klasy pracującej, opanowali go za to pracownicy korporacji, nazwani pogardliwie "krewetkożercami".

Epilog

Angielskie kluby po śmierci Margaret Thatcher w większości odmówiły uczczenia minutą ciszy zmarłej pani premier. Świat składał kondolencje, Premier League nie. Rodziny zmarłych na Hillsborough przez lata domagały się zadośćuczynienia, bezskutecznie. “Żelazna Dama” nie chciała zbawić angielskiej piłki, chciała ją zniszczyć. Futbol był dla niej zabawą dla mas, dla plebsu. Nie rozumiała piłki nożnej i robotniczego etosu napędzającego futbol. Wszystkie jej decyzje, wycelowane w piłkę, w jakiś sposób jednak uzdrowiły ją. Wolny rynek doprowadził do powstania telewizji Sky Sports, która zainwestowała w futbol i w ten sposób rozwinęła samą ligę.

Czy bez traumatycznych zdarzeń na Heysel bądź Hillsborough oglądalibyśmy Premier League w takim wydaniu jak dziś? Śmiem wątpić. A sama Margaret Thatcher? Cóż, to nie ona odpowiedzialna jest za rozkwit Premier League, jednak bez jej decyzji nie byłoby dzisiaj ligi, którą znamy i podziwiamy. Ciekawy paradoks.

Wszystkie omawiane tutaj wydarzenia zmieniły nie tylko brytyjski futbol i kibiców, ale i przede wszystkim samych piłkarzy. Wąsatych gwiazdorów angielskich muraw biegających w długich włosach zastąpiły wystylizowane gwiazdki o pokroju Cristiano Ronaldo, a stereotyp imprezującego piłkarza ustąpił miejsca modelowemu wręcz atlecie, robiącemu dwa tysiące brzuszków dziennie.

Co z tą Polską?

To, co zrobili Margaret Thatcher oraz Peter Taylor było prawdziwym zbawieniem dla angielskiej piłki. Stadionowe mordownie przekształcono w sprawnie działający biznes, gdzie całe rodziny przychodzą na stadion i dopingują swoje kluby. Ktoś powie: "eeee tam, w Polsce to niemożliwe". W latach 80-tych w Anglii też tak mówiono. Jeśli rząd i policja wezmą się porządnie za kibiców, prześwietlą niejasne powiązania klubów z grupami kibicowskimi, dodatkowo zaostrzy się kary za wybryki stadionowe będziemy mogli powiedzieć, że dociągnęliśmy do Europy.

Póki co pod kątem futbolowym nadal tkwimy 100 lat za Anglikami. Co z tego, że mamy w Polsce atrakcyjne stadiony oraz kapitalnie "opakowaną" medialnie Ekstraklasę, skoro układy w polskiej piłce nadal są chore, a kibice robią co chcą. Wyobrażacie sobie, by ktoś naciskał na władze Realu Madryt, by robiły to czy tamto, a na meczu doszło do zadymy, palenia flag i regularnej bitwy? Skąd. W Polsce to nadal na porządku dziennym.

Zmieńmy to w końcu. Przetnijmy ten cholerny Węzeł Gordyjski.

 

Jakub Machowina

Członek Zarządu Instytutu Polityk Publicznych, specjalista ds. polityki sportowej, dziennikarz sportowy. Specjalizuje się w piłce nożnej oraz sportach amerykańskich - koszykówce i futbolu amerykańskim.

 

Materiał powstał w ramach projektu "Akademia Polityk Publicznych".

Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.


Poleć: