Komentarz IPP (Jakub Machowina): "Święta Wojna"

Zapraszamy do zapoznania się z kolejnym komentarzem IPP. Tym razem Jakub Machowina przedstawia historię jednego z najostrzejszych i najbardziej krwawych konfliktów kibicowskich w historii futbolowej Europy.
{[if_foto_desc]}
Foto:
{[/if_foto_desc]}
Przeczytanie artykułu zajmie Ci 6 minut

Od wielu dekad w Polsce toczy się walka pomiędzy kibicami różnych klubów. Rywalizacja ta czasem się nasila, później traci na znaczeniu, by zaraz znów - niestety - wystrzelić jak Feniks z popiołów. W Polsce utarło się przekonanie, że to typowo lokalny problem i na szeroko rozumianym "Zachodzie" takie rzeczy się nie zdarzają. Czyżby? Poznajcie historię jednego z najostrzejszych i najbardziej krwawych konfliktów kibicowskich w historii futbolowej Europy. Witajcie w Londynie.

Gdy zbliżał się weekend, miasto zamierało. Młodzi ludzie co prawda bawili się w pubach, jednak panika dotykała miasto. Gdy swoje mecze miały rozgrywać West Ham i Millwall, wiadomo było, iż na pewno dojdzie, do rozruchów nad Tamizą. Oczywiście chuligańskie bijatyki dotyczyły wszystkich drużyn w Anglii, te dwa zespoły były jednak szczególne. Na futbolowej mapie konfliktów w Anglii ich rywalizacja nosiła etykietę „wyjątkowej”, co chętnie eksponowane było zresztą w mediach. Gdy ludzie się bali, do akcji wkraczali kibice.

Dekady poprzedzające komercyjno-sportowy sukces Premier League postrzegane przez pryzmat wyłącznie sportowy to zjawisko bez precedensu. Stadiony były miejscem, gdzie niezbyt rozsądnie było brać małe dzieci. Na surowej, robotniczej lidze angielskiej wyrosły jednak całe pokolenia kibiców, zarówno tych spokojnych, jak i żądnych wyłącznie pozasportowych wrażeń. Na stadionie nie było numerowanych miejsc, dominowały trybuny stojące, co pośrednio doprowadziło do wielu tragedii, jak ta z Hillsborough. Ludzie podczas meczów bili się, kopali, przeklinali, rzucali przedmiotami.

Obraz angielskiego chuligana pustoszącego europejski kontynent w poszukiwaniu bijatyki, picia i kobiet przez dekady pokutował w mentalności Europejczyków. Gdy któraś drużyna z kontynentu trafiała w pucharach na angielski zespół, miasto automatycznie zakładało straty rzędu paru milionów. Angielski kibic był jak szarańcza, jak dżuma niszcząca świat w imię miłości do klubu i rozróby. Jednak to właśnie West Ham i Millwall wyniosły brutalność swojego konfliktu na nowy poziom, dokonując eskalacji przemocy dotąd niespotykanej. Przemocy tak bardzo powszechnej i okrytej taką złą sławą, iż na warsztat wzięli ją nawet hollywoodzcy spece. Jaka jest jednak geneza tego konfliktu?

Wojna w dokach

Tak naprawdę spektrum tej nienawiści jest dużo szersze aniżeli sytuacja geograficzna, będąca najczęściej przyczyną waśni i niesnasek pomiędzy klubami piłkarskimi. Wiadomo, że dwie ekipy z jednego miasta się nienawidzą, taka jest specyfika derbów. Londyn jest jednak miejscem szczególnym, ma tutaj siedzibę wiele klubów, a ich niektóre rywalizacje wykraczają poza sferę geograficzną. Na pewno to nie bliskość stoi za nienawiścią kibiców West Hamu i Millwall, ponieważ siedziby klubów leżą… po przeciwstawnych stronach Tamizy. Wojna ta narodziła się w dokach. Thames Ironworks dało podwaliny pod twór zwany dziś West Hamem. JT Morton odpowiedzialne jest natomiast za powstanie Millwall. Obie firmy rywalizowały między sobą, co przeniesiono na grunt sportowy, na murawę piłkarską. Millwall został założony w roku 1885, West Ham dziesięć lat później.

Pierwszy oficjalny mecz rozegrano 23 września 1897 roku. „Młoty” przegrały 0:2. Anglia wkroczyła w postwiktoriańską erę wraz z rozwojem futbolowych struktur federacji piłkarskiej oraz początkami konfliktów między fanami. Prawdziwa eskalacja nienawiści nastąpiła jednak trochę później. W 1926 roku pracownicy ze wschodniego Londynu rozpoczęli strajk, odmawiając pracy dla możnych przełożonych. Ich koledzy z drugiej strony Tamizy odmówili im jednak wsparcia, pracując za to ze zdwojoną energią, aby dopiec rywalom. To właśnie owo wydarzenie uznaje się za oficjalne rozpoczęcie wojny między oboma klubami, choć futbolowi historycy spierają się o prawdziwość tych zdarzeń. Według innej wersji rozgrywały się one bowiem w 1912 roku, a zgodnie z jeszcze inną – bliżej im do opowieści fantastycznych, aniżeli faktów. Prawda to czy nie – to właśnie konflikt w stoczni urósł do rangi miejskiego mitu, funkcjonującego dzisiaj w masowej wyobraźni jako lont podpalający beczkę prochu podpisaną „West Ham vs Millwall”.

Pomiędzy światem kibicowskim, tak fanatycznie oddanym sprawie i skupionym na „zwalczaniu” wroga, istniało jeszcze drugie dno, egzystujące jedynie na sportowym gruncie, czysto piłkarskim. Prawda była okrutna. Porównując oba kluby wyłącznie poprzez pryzmat futbolowej klasy weryfikowanej wynikami uzyskiwanymi na murawie, West Ham był zespołem zdecydowanie lepszym od Millwall. „Lwy” były zespołem przeciętnym, by nie powiedzieć słabym. Ich jedyne sukcesy to pojedyncze, bardzo rzadkie zwycięstwa nad West Hamem. „Młoty” piłkarsko plasowały się poziom wyżej, zajmując wyższe miejsca w tabeli.

West Ham wygrał trzy razy Puchar Anglii, a w jego dokonaniach widnieje także wiktoria w Pucharze Zdobywców Pucharów. Największym sukcesem Millwall jest jedynie dojście do finału Pucharu Anglii w 2004 roku, gdzie sromotnie przegrali z Manchesterem United. Piłkarze Millwall od zawsze należeli do „braci mniejszych” względem piłkarzy WHU, mogąc jedynie liczyć na pojedyncze przebłyski, z rzadka pokazywane w starciach ze znienawidzonym rywalem. Być może to właśnie brak dokonań na płaszczyźnie sportowej spowodował tak wielką nienawiść. Fani „Lwów” musieli jakoś odreagować permanentne popadanie w szarzyznę dnia codziennego i słabe osiągnięcia sportowe ich klubu, a cóż jest lepszego niż wyładowanie frustracji na znienawidzonych rywalach?

Koniec lat 60. oraz początek 70. zaangażował w konflikt dzielnic zarówno gangi, jak i kibiców piłkarskich. Rozpoczęła się wojna totalna. Piłka była jedynie pretekstem dającym możliwość otwartego konfliktu, regularnej bijatyki. Same mecze West Hamu i Millwall przestały mieć cokolwiek wspólnego z wirtuozerią godną Bobby’ego Charltona czy Stanleya Matthewsa. Do gigantycznej walki doszło na… pożegnalnym starciu defensora Millwall, Harry’ego Crippsa. Zamiast spotkania piłkarskiego kibice uraczeni zostali raczej wyścigami konnymi, będącymi notabene drugą po futbolu miłością Brytyjczyków. Mecz zakończył się bowiem wtargnięciem na murawę policji konnej. To już była wojna. Najlepsze (a raczej najgorsze) miało jednak dopiero nadejść.

„Gratulacje, właśnie spotkałeś ICF”

Inter City Firm było pierwszą zorganizowaną grupą kibiców w Anglii. Swoją nazwę wzięło od sieci pociągów Inter City, którymi przemieszczano się z miejsca na miejsce w celu poszukiwania futbolowych wojen. Bojówka WHU jeździła za swoim klubem po całej Anglii, prowokując rozróby i bijatyki na meczach i poza nimi. ICF było pierwszą grupą, która postawiła na swoisty marketing i reklamę, a raczej antyreklamę. Jej członkowie rozrzucali specjalne kartoniki z napisem „Congratulations, you have just met the ICF”, tak aby nie było żadnych wątpliwości, kto jest sprawcą złamanego nosa lub żebra. Takie kartoniki były też niestety czasem przypięte do zwłok kibiców przeciwnych drużyn.

Kibice przemieszczali się pociągami, przeważnie pierwszą klasą. Inter City Firm stała się tak sławna, że jej losy oraz działalność posłużyły jako inspiracja do nakręcenia (z gorszym lub lepszym skutkiem) filmów bazujących na konfliktach kibiców, jak „Green Street Hooligans” czy „Football Factory” i paru innych o charakterze czysto dokumentalnym. Jeden z filarów ICF w latach 80-tych., mianowicie Cass Pennant, doczekał się nawet statusu celebryty i odcinał kupony od dawnej „sławy”, przelewając swoje wspomnienia na papier za obfite honoraria. Wydawało się, że czasy zmieniły się.

W 1976 roku zginął fan Millwall, Ian Pratt. Zmarł on pod kołami pociągu po uprzedniej walce z kibicami West Hamu. Niedługo później na stadionie „Lwów” rozrzucano ulotki nawołujące do rewanżu i zabicia jednego sympatyka „Młotów”. Lata mijały, nienawiść trwała. Dokonano przebudowy angielskich stadionów, zwiększono poziom bezpieczeństwa. First Division zastąpiono Premier League, zlikwidowano trybuny stojące, miejsca zostały ponumerowane, Anglia przeżywała sportowy renesans. Liga angielska rozkwitała, została przepięknie opakowana pod względem marketingowym oraz sportowym, kradnąc palmę pierwszeństwa Włochom oraz Niemcom.

Kluby zrobiły się bardzo bogate, zaczęto kupować topowych graczy z całego świata. Szare obrazki ponurych stadionów zostały zastąpione kapitalnymi przekazami cyfrowymi, oddającymi każdy grymas na twarzach zawodników biegających po supernowoczesnych obiektach piłkarskich. Liga dorobiła się pozycji numer jeden w futbolowym świecie, burdy na stadionach zostały zastąpione rodzinnymi obrazkami całych familii kibicujących na trybunach zaledwie metr od murawy. Demony jednak powróciły.

 

W 2009 roku oba kluby zostały skojarzone w jednej parze w ramach losowania Pucharu Anglii. Kraj wstrzymał oddech. Wszyscy spodziewali się dantejskich scen rodem z „Green Street Hooligans”. I nie pomylili się. Doszło do zamieszek przed meczem, w jego trakcie i po meczu. Dziesiątki rannych i aresztowania. Nagłówki gazet były bezlitosne: „Gorzej niż w latach 70.”. Fala agresji objęła niemal cały wschodni Londyn. Gdzieś nagle wrócił duch agresji, duch chuligaństwa, jak za mrocznych czasów, kiedy angielscy kibice zamieniali stadiony Europy w śmietnik. A może ten duch nigdy nie uleciał, nie umarł? 

 

Może schował się gdzieś za wszechobecną i modną poprawnością polityczną, przykrytą dodatkowo marketingowym sukcesem ligi i pięknymi obrazkami ze stadionów? Może tylko czekał na właściwy moment, aby znów eksplodować, i to ze zdwojoną siłą i agresją skrywaną od lat? Kluby spotkały się jeszcze w drugiej lidze, czyli Championship, jednak tam nie doszło do poważniejszych incydentów. 

Zmieniała się wraz z latami Anglia, zmieniały się sama liga i struktury kibicowskie. Jedno jest jednak pewne. Jak świat światem, starcie West Hamu i Millwall zawsze będzie nosić znamiona meczu o podwyższonym ryzyku. To „beczka prochu z odpalonym lontem”, jak mawiają angielscy piłkarscy eksperci.

Podobnie jest w Polsce. Wydaje się, że nasze lokalne "Święte Wojny" to także taki uśpiony wulkan, który tylko czeka by wybuchnąć. Zadajmy sobie jednak wszyscy kilka pytań:

  1. Czy w takim kraju chcemy żyć?
  2. Czy chcemy być jak Wschodni Londyn w latach 80-tych, kiedy strach było wyjść na ulice?
  3. Czy chcemy czytać w gazetach, że kibic klubu "X" zranił lub zabił kibica klubu "Z"?
  4. Czy chcemy, by głupie waśnie i spory wpływały na życie ludzi, którzy ze środowiskiem kibicowskim nie mają nic wspólnego?

Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie.

 

Jakub Machowina

Członek Zarządu Instytutu Polityk Publicznych, specjalista ds. polityki sportowej, dziennikarz sportowy. Specjalizuje się w piłce nożnej oraz sportach amerykańskich - koszykówce i futbolu amerykańskim.

 

Źródła zdjęć:
1) https://tagmakers.co.uk/images/milwall-fc.jpg 
2) https://www.talesfromthetopflight.com/wp-content/uploads/2017/01/west-ham-united.png 
3) http://hooliganpics.blogspot.com/2013/09/west-ham-v-millwall-in-2009-10-pictures.html 

 

Materiał powstał w ramach projektu "Akademia Polityk Publicznych".

Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.


Poleć: